Miłosław Władyczański

Pozostały tylko kamienie  [ Artykuł wydrukowany w Gazecie Wyborczej 7 kwietnia 2010 na stronach 12 i 13 ]

Miłosław Władyczański
Miłosław Władyczański

Według prokuratury w Grodnie dziadek został w 1941 r. zwolniony z więzienia i wyjechał do Uzbekistanu. Stalin o polskich oficerach z Kozielska czy Ostaszkowa też opowiadał, że uciekli do Mandżurii – mówi Janusz Władyczański. Jego dziadek jest zapewne jedną z 3870 osób znajdujących się na tzw. białoruskiej liście katyńskiej

Kiedy 17 września 1939 r. na polskie Kresy wkroczyła Armia Czerwona, 64-letni Miłosław Władyczański, właściciel położonego na Grodzieńszczyźnie majątku Skarbiec, nawet nie myślał uciekać. No bo po co?

– Żył w zgodzie z miejscowymi ludźmi. Nie miał powodu się ich bać. Zresztą w czasie wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-20 też nie uciekał. Udało mu się jakoś porozumieć z czerwonymi i przetrwać – opowiada wołkowyski miłośnik historii Wiktor Wojtczuk.
To oraz podeszły wiek Władyczańskiego zadecydowały, że pozostał w Skarbcu. To był fatalny błąd, który kosztował go życie.

11 komand śmierci

Władyczański jest najprawdopodobniej jedną z ofiar znajdujących się na tzw. białoruskiej liście katyńskiej – ostatniej niewyjaśnionej zagadce zbrodni na Polakach z wiosny 1940 r. „Gazeta” ujawniła kilka tygodni temu, że premier Rosji Władimir Putin polecił szefom Federalnej Służby Bezpieczeństwa odnalezienie „białoruskiej listy”. Chciał ją przekazać dziś w Katyniu podczas obchodów 70. rocznicy zbrodni katyńskiej premierowi Donaldowi Tuskowi. Byłby to niezwykle ważny gest polityczny, a dla tysięcy rodzin Polaków – wyjaśnienie losu ich przodków.

W poniedziałek szef rosyjskich archiwów poinformował, że udało się odnaleźć dokumenty pozwalające „sprecyzować liczby i listę ofiar”. Z bardzo dobrego źródła dyplomatycznego wiemy jednak, że nie będzie to „białoruska lista”, bo nie udało się jej odnaleźć.

Lista obejmuje 3870 Polaków przetrzymywanych po 17 września 1939 r. w więzieniach na terenie ówczesnej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i zabitych na podstawie decyzji Biura Politycznego Wszechzwiąkowej Partii Komunistycznej (bolszewików) z 5 marca 1940 r. Nie znamy ich nazwisk, miejsca śmierci ani pochówku.

Wiemy jednak, że 20 marca 1940 r. szef NKWD Ławrientij Beria podpisał rozkaz sformowania jedenastu komand śmierci, które wysłano na zachodnie tereny Ukrainy i Białorusi, należące wcześniej do Polski. Ich zadaniem było wytypowanie Polaków, których należy rozstrzelać. Komanda miały też przeprowadzić nowe masowe aresztowania. Pięć pięcioosobowych grup Łubianka wysłała na Białoruś, sześć – na Ukrainę. Ich członkowie zabili w sumie 7305 osób.

Selekcji Polaków w dawnym województwie białostockim, przyłączonym do Republiki Białoruskiej, dokonywał kpt. Izrail Pinzur. To on prawdopodobnie posłał na śmierć Miłosława Władyczańskiego. Krwawą misję w Baranowiczach powierzono por. Andriejowi Siniewowi. W Brześciu działał por. Grigorij Finkelberg. Pińsk stał się rewirem por. Aleksandra Kuprijanowa. Do Wilejki NKWD wysłało por. Nikołaja Kożewnikowa.

Wróg mimo woli

Władyczański został aresztowany jesienią 1939 r. Podobny los spotkał i innych okolicznych ziemian. – Mieczysław Korwin-Pawłowski, właściciel majątku Choroszewicze, Henryk Buttowt-Andrzejkowicz, właściciel majątku Gornostajewicze, Jan Kamil Biśping z majątku w Werejkach, Leon Bychowiec z majątku Adamkowo, Bronisław Wysocki – wylicza białoruski historyk Mikałaj Bychaucau.

Według jego ustaleń Polacy zostali aresztowani przez NKWD bądź utworzoną z miejscowych komunistów milicję we wrześniu-grudniu 1939 r. – Nie przeczuwali, co ich czeka. Sowieci nie mieli więc żadnych problemów z ich ujęciem – mówi Bychaucau.

O winie wołkowyskich ziemian przesądziły nie ich czyny czy przekonania polityczne, tylko leninowska teoria klasowa, zgodnie z którą każdy ziemianin to ciemiężyciel ludu pracującego i wróg.

Do marca 1940 r., kiedy NKWD rozpoczęło „rozładowanie” obozów dla polskich jeńców wojennych w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku oraz przepełnionych Polakami więzień na zachodzie Białorusi i Ukrainy, Miłosław Władyczański był przetrzymywany w areszcie w Wołkowysku. Tu przeprowadzano selekcje więźniów. Tych, których tak jak Władyczańskiego zakwalifikowano jako najgroźniejszych wrogów władzy radzieckiej, przewieziono do Mińska. Tu ślad wołkowyskich „wrogów władzy sowieckiej” się urywa.

Niewykluczone, że Polacy – podobnie jak tysiące innych ofiar NKWD – leżą w lesie Kuropaty pod Mińskiem. To największa na Białorusi zbiorowa mogiła ofiar stalinizmu. Są to jedynie przypuszczenia, bo dokumenty radzieckich służb specjalnych, które dokonały mordu na Polakach, w niepodległej Białorusi nadal są tajemnicą państwową chronioną przez tutejsze KGB. Białoruskie władze nie pozwalają też na przeprowadzenie w Kuropatach ekshumacji.

Element społecznie niebezpieczny

– Urodziłem się w 1938 r., więc Skarbiec znam jedynie z opowieści rodzinnych – mówi 72-letni Janusz Władyczański, mieszkający w Białymstoku wnuk Miłosława Władyczańskiego.

Władyczańscy opuścili rodzinne strony. Syn Miłosława Stanisław przeżył okupację i został aresztowany przez NKWD w 1944 r. Powodem było jego ziemiańskie pochodzenie. Skazano go na dziesięć lat więzienia, ale powrócił do Polski w 1948 r. Jego rodzina wyjechała z ZSRR w 1946 r. podczas fali repatriacji.

Janusz Władyczański próbował ustalić los dziadka, kiedy upadł już komunizm i zbrodnia katyńska nie była tematem tabu. Dostał jedynie odpowiedź z prokuratury w Grodnie.

– Poinformowano mnie, że mój dziadek był aresztowany jako „element społecznie niebezpieczny”. Według prokuratury w 1941 r. został zwolniony z więzienia i udał się do Uzbekistanu – opowiada pan Janusz. – Stalin na pytanie polskiego rządu na emigracji o los polskich oficerów z Kozielska czy Ostaszkowa też mówił, że uciekli do Mandżurii. MSW Uzbekistanu nie odpowiedziało na list Janusza Władyczańskiego w sprawie dziadka. Dziś pan Janusz ma nadzieję, że dopiero odnalezienie ukrytej być może w archiwach białoruskiego KGB, być może rosyjskiej FSB „białoruskiej listy katyńskiej” może rozwiązać zagadkę śmierci dziadka.

Czeka też na nią historyk Mikałaj Bychaucau, który od lat próbuje ustalić losy ziemian z powiatu wołkowyskiego. Kilkanaście lat pracy, kwerendy dostępnych białoruskich archiwów oraz spisanie ponad setki relacji starszych mieszkańców rejonu robią z niego największego znawcę lokalnej historii. Jednak do napisania ostatniego rozdziału życia Miłosława Władyczańskiego i innych wołkowyskich ziemian potrzebny jest przede wszystkim dostęp do archiwum KGB w Mińsku.

– Mam nadzieję, że kiedyś polityka naszych władz się zmieni i będę mógł ustalić losy Władyczańskiego i innych osób. Na razie zostają nam tylko przypuszczenia – mówi Bychaucau.

Zniszczony Skarbiec

Jedynym materialnym śladem na Białorusi po życiu Miłosława Władyczańskiego są pozostałości majątku Skarbiec, położonego 20 km od obecnej granicy z Polską.

A pozostało niewiele: rozwalone ściany, sterczące z ziemi stare fundamenty, porozrzucane kamienie. Krajobrazu dopełniają na wpół rozwalona i od dawno niewykorzystywana kołchozowa ferma oraz porozrzucane fragmenty krowich kości. Nie ma więc żadnych wątpliwości – Skarbiec to już tylko historia. Dziś nikt tu nie mieszka, nie ma go na żadnej mapie.

W 1939 r. okolica wyglądała zupełnie inaczej: piękny dwupiętrowy pałacyk, lipowe aleje, zadbane pola. W latach 30. Skarbiec był wręcz symbolem dobrobytu. Miłosław Władyczański, doświadczony agronom i dobry gospodarz, należał do elity miejscowego ziemiaństwa. Miał nawet niebywały jak na tamte lata luksus – własny samochód.

Dziś w okolicach Skarbca nie ma nikogo, kto osobiście znałby Władyczańskich. – Ostatni świadkowie umarli kilka lat temu – mówi Bychaucau.

Jednak pamięć o Władyczańskich wciąż jest żywa. 48-letni kołchoźnik Iwan ze wsi Podorosk spotkany przez nas na ulicy rodzimej wsi dobrze wie, do kogo należał przed wojną majątek. – W Podorosku był pan Bochwic, a w Skarbcu Władyczański – wylicza.

Słowo „pan” ma w ustach Iwana inne, niż przyzwyczailiśmy się, znaczenie. Zaczerpnięte zostało z radzieckich podręczników i propagandowych pseudohistorycznych tekstów. Pan to ziemianin, bogaty człowiek, właściciel, no i wróg ludu.

Iwan przyznaje, że nigdy nie słyszał nic złego o Władyczańskim. Miejscowe legendy wspominają biały pałac, ładne i dobrze ubrane córki właściciela, starego, ale zafascynowanego nowoczesnym rolnictwem pana Miłosława, no i oczywiście jego samochód.

Te wspomnienia zupełnie nie pasują do obowiązującej na Białorusi pod rządami prezydenta Aleksandra Łukaszenki wizji historii, zgodnie z którą Władyczański to obszarnik i Polak-ciemiężyciel wyzyskujący przez lata białoruski lud pracujący. Większość Białorusinów wciąż przyjmuje więc radzieckie represje wobec „panów” jako coś naturalnego.

– A co, nie wiecie, co z panami się stało? – Iwan śmieje się z naiwności człowieka, który może jeszcze mieć jakieś wątpliwości co do losu polskiego ziemianina w ZSRR.

Andrzej Poczobut, Grodno-Wołkowysk